czwartek, 11 sierpnia 2011

Domowy wędrujący - lipiec

Tym razem wytyczne były takie:

LIPIEC
kolorowo - nie wiem czy wystarczająco :)
szargania - nie ma nic uciętego - wszystkie fotki i ulotki wyszarpałam
przeszycia - a jak już wyszarpałam to potem przeszyłam
chlapania - nie ma, ale mam potuszowane brzegi, wystarczy?
co najmniej 2 stemple - są 3. 
a oto co mi wyszło: 



sobota, 6 sierpnia 2011

Całkiem nowe poduszki

Post się raczej powinien nazywać - poduszki fotografowane o świcie :)
Szczególnie się cieszę z tych tzw. ogrodowych, bo już nie mogłam patrzeć na te ciemne sklepowe, kupione na chwilę (są już z nami 3 rok! :) ), a ciągle czasu i motywacji do uszycia brakowało. A wczoraj poszło błyskawicznie :)


ten pasiasty materiał i ten w czarną kratkę to z IKEI (kupiony lata temu w tzw. resztach z promocji), a ten żółty i w kropki to od prababci ze strychu :)

wtorek, 2 sierpnia 2011

Domowy wędrujący - czerwiec

Trochę spóźniona, ale uzupełniam czerwiec w Domowym Wędrującym
Wytyczne na czerwiec wymyśliła mOpa, a wytyczne miały być takie:  
1. szydełkowy element (kwiatek, kółko, kwadrat, kilka pętelek lub słupków ) - mam dwa kwiatki
2. sznurowanie - nie mam sznurowania, ale sznurek jest.
3. cekiny - cekiny są w okół napisu czerwiec

4. stempel tekstowy - i to dwa razy bo coś nie wyszedł za pierwszym razem :) 
a oto całość: 

niedziela, 31 lipca 2011

Zrobione z potrzeby

czyli przepisy rozrzucone były na małych karteczkach po całej kuchni, powciskane w różne kąty, filiżanki lub kubeczki, to teraz mają nowy domek :) Nie miałam napisu przepisy -ale wykorzystałam Wycinankowy notes i też w sumie pasuje, bo to "Notes Kuchenny".
w środku kartki ostempelkowane:
Druga rzecz to notes na lodówkę - karton od Gizmo (scrapiniec), wstążka od Calisty (decorscrap), notes z Ikei a zawieszka kupiona na naszej giełdzie od Plakatówki, a magnes od Wikuchy.

a to wszystko dzisiaj rano :) bo odkąd wróciliśmy do domu budzę się o 6:00 i nie mogę już spać - więc zaczęłam robić.

sobota, 30 lipca 2011

Gdzie byliśmy jak nas nie było :)

Może to niektórych rozczaruje, ale tym razem będzie jednorazowa relacja, co prawda trochę przydługawa - raz a porządnie :) ponieważ już wróciliśmy. Nie było nas tylko 13 dni i w sumie nie było kiedy zrobić relacji pośrednich - czyli tych z drogi.


15 lipca - jedziemy, wszyscy bezpiecznie zapięci :) na zewnątrz deszczowo.
wieczorem dojechaliśmy nad morze Bałtyckie, a dokładnie na wyspę Fehmarn w Niemczech. Sobota piękna, słoneczna, więc było łażenie po plaży, zwiedzanie U Boota w pobliskim porcie...

Leżenie na kamienistej (trochę za bardzo:)) plaży...
 i zwiedzanie całej wyspy,  przy tym wyszukiwanie takich oto ciekawostek jak dom guzikowy:)

17 lipca - powitał nas deszczowo i w deszczu popłynęliśmy do Danii.
Jeden prom i chyba dwa mosty - i dotarliśmy do Kopenhagi.

Po rozłożeniu namiotu - w deszczu oczywiście, na campingu rozpoczęliśmy akcję "wyganiamy chmury" i wiecie, że się nawet udało :) między 16:00 a 18:00 nie padało! Pojechaliśmy co nieco zobaczyć - oczywiście syrenkę, fontannę Gefion, a Hania jeździła na słoniu.


Na szczęście potem było z pogodą już lepiej - czyli poniedziałek - czwartek: pełne słońce, cieplutko, milutko, tylko czasami się chmurzyło.
Byliśmy w Roskilde, w muzeum Wikingów - mnie najbardziej dziwiło, że ktoś w takim niewielkim w sumie, spokojnym miasteczku wpadł na pomysł jednego z największych festiwali rockowych :)

Popołudniami nasze dzieci oddawały się jednej ze swoich ulubionych rozrywek - czyli skakaniu na balonie:

Pojechaliśmy też obejrzeć wielki most do Szwecji

chłopaki puszczali latawca - jako, że był super wiatr na wybrzeżu:

a następnie znaleźliśmy najlepsze lody na świecie. Serio. W życiu lepszych nie jadłam - a lody to mój ulubiony deser i jemy ich nie mało :) W małej budce z widokiem na ten właśnie most, w miejscowości Dragor, 5 minut od Kopenhagi - pan wyglądający jakby uciekł z pirackiego statku, sam robi lody ze śmietany, świeżej wanilii i sam do tego piecze i skręca wafle :) Jak będziecie mieć okazję to polecam.


Jako, że wtorek był wyjątkowo ciepły zwiedzaliśmy turystyczne atrakcje Kopenhagi: zatłoczony deptak Stroget, Rynek, Ratusz, obfotografowaliśmy się z panem Andersenem obok Tivoli (tam nie zaglądaliśmy) i jeszcze przespacerowaliśmy się w tłumie w porcie Nyhavn.
Ciekawe jest to, że wystarczy wejść w uliczkę w bok z tej turystycznej trasy i otacza nas spokój, cisza i jakiś taki leniwiec w powietrzu :) 



Po wtorku równie piękna środa i wycieczka na północ czyli do Helsingor i zamku Kronborg, związanego z historią Hamleta. Jechaliśmy przez piękne nadmorskie miejscowości, z super wypasionymi domami - taka duńska riwiera.
Poniżej - jak widać pełne zdobycie zamku przez zielone wojska polskie :)


Główna atrakcja czwartkowa to wizyta w browarze Carlsberg i wydanie masy kasy na prezenty dla całej rodziny w ich gift shopie.
 
niestety po południu zaczęło padać... a jak zaczęło to wcale nie chciało skończyć...
W piątek pakowaliśmy się w deszczu, namiot zwijaliśmy w deszczu, jechaliśmy największym mostem nad Wielkim Bełtem w deszczu (tak wiało, że autem nam kołysało),

dojechaliśmy do miasta Odense w deszczu i poszliśmy zwiedzać też oczywiście w deszczu. Tu Kuba siedzi przy stole warsztatowym w domu rodzinnym Andersena. Nie będę dodawać, że na camping w Give  dojechaliśmy w deszczu i nasz namiot rozbijaliśmy w deszczu, bo chyba to już wiadome.

W sobotę zastosowaliśmy nową taktykę odganiania deszczu - czyli kupiliśmy naszym dzieciom kalosze :) bo nawet w domu nie miały już dobrych. W tym celu pojechaliśmy do Vejle do super centrum handlowego z wspaniałym sklepikiem pełnym scrapowych przydasi. Michał powiedział do pani kasującej: "Dzięki waszemu sklepowi wakacje mojej żony odzyskały sens...:))"
Ale najważniejsze - dzieciaki ubrały kalosze i na serio przestało padać! Pochmurno i chłodno było dalej, ale przynajmniej nic nie lało się nam na głowy.
Ta ławka to w Vejle na deptaku a poniżej kurhany w Jelling - czyli siedziba dynastii, która 1000 lat temu podbiła całą Danię i zapoczątkowała dynastię rządzącą Danią do dziś.

A później nastąpiła długo oczekiwana niedziela, czyli wizyta w Legolandzie w Billund. Szaleństwo pełną gębą :) Kuba zrobił prawo jazdy, zaliczyliśmy mnóstwo karuzel, kolejek i przeróżnych innych atrakcji.

Niestety pogoda nas nie rozpieszczała, mżawka przez pół dnia..., w nocy znowu lało, więc w poniedziałek spakowaliśmy się i uciekliśmy na południe. Czyli z powrotem nad morze Bałtyckie do Niemiec. I możecie wierzyć lub nie, ale tylko przejechaliśmy granicę, zrobiło się ciepło i zaświeciło słońce a wieczorem na plaży podziwialiśmy piękne widoki - statki wypływające z Kanału Kilońskiego.

We wtorek po obejrzeniu kolejnego U Boota w miejscowości Laboe

odjechaliśmy w stronę domu, a dokładnie w Lubuskie do dziadków. A w środę późno w nocy dotarliśmy do Wrocławia.
Hania i piesek u cioci Oli.

Dziękuję wszystkim co dotarli do końca tej opowieści :)

czwartek, 14 lipca 2011

Dziennik podróży 2011

Jako, że lada dzień wyjeżdżamy na wyprawę - jak to określają nasze dzieci :) trzeba było poczynić pewne przygotowania poza zwyczajnym pakowaniem. W tym roku dzięki inspiracji Clos i wyzwaniu w Diabelskim Młynie oprócz ciuchów, śpiworów, materacy, namiotu i całej tony potrzebnych rzeczy pojedzie z nami "Dziennik Podróży 2011", w której Kuba będzie zapisywał a Hania wklejała super ważne wiadomości z podróży. 

Dziennik powstał na bazie zakupionej od Doroty w trakcie giełdy na naszym zlocie, papiery i ozdoby też są z giełdy, a niektóre zostały wygrzebane z kartonu recyclingowego, np. te super odstające kwiatki i odbite stempelki ptaszków. 
Każda kartka z jednej strony jest w kolorach a z drugiej ma miejsce do notowania - wklejoną kartkę ze starego zeszytu. 

okładka 

mapa - TU ZACZYNAMY

 spis uczestników podróży - Kuba już uzupełnił :)

kieszonka na bilety lub inne ważne rzeczy

spis miejsc

koperta na coś ważnego


strona z super kwiatkiem :) 

w sumie jest 20 kartek - jak wrócimy to może pokażę je zapisane.